Documenta 15

To wystawa sztuki współczesnej odbywająca się w Kassel, Niemczech co 5 lat . Tym razem kuratorem całości nie jest jeden artysta, lecz kolektyw Ruangruppa z Indonezji. Wydarzenie zmienia miasto na 100 dni i dłużej – wiele prac artystów w Kassel pozostaje.

Zwiedzanie wystaw było doświadczaniem. Wartości Ruangruppy – kuratorów wystawy były bardzo uniwersalne: szczodrość, humor, lokalność, niezależność, transparentność i oszczędność.

To wszystko łączyło się w idei Lumbung. Wielkiego spichlerza, do którego w tradycyjnych społecznościach indonezyjskich zbiera się ryż. A potem korzysta się ze zbiorów wspólnie.

Lumbung to była metafora związków i relacji w pracy zespołowej. Pracujemy razem, korzystamy wspólnie, odpoczywamy razem. Bardzo prosto i bardzo odlegle od naszych europejskich wizji pracy.

Artyści działający w kolektywach pracują na wspólną markę. Artysta w „świecie postępu” pracuje na swoje nazwisko.

To co pokazali Indonezyjczycy było bardzo mocno skierowane do wspólnotowego życia codziennego, z zabezpieczeniem zasobów, lasów, ziemi, natury, która bardzo zmęczona jest już człowiekiem „progresu”.

 Documenta 15 to też refleksja nad  postkolonialnym  światem, otaczająca uwagą rdzenną ludność podbitych kontynentów, oddająca im głos.

Począwszy od placu przy Fridericianum….

👉Najpierw fasada muzeum sztuki i czerwono- świetliste  liczby pokazujące ile Australia winna jest plemionom aborygeńskim. Przed Fridericianum (dokładnie w pobliżu starego dzieła Waltera de Marii na 6. Documenta – 'wertykalny kilometr’) znajduje się namiot ambasady Aborygenów, w którym toczą się dyskusje i można obejrzeć dokument o historycznych protestach. To do nich odnosić będzie się w swoich pracach Richard Bell – aborygeński artysta i aktywista.

Fasada Fridericianum

Do tych samych wartości: prawa do istnienia, do własnej tożsamości, obyczajów, tradycji  i kultury – odnosi się cykl prac Małgorzaty Mirga- Tas – zakopiańskiej artystki o romskich korzeniach. Obrazy życia codziennego Romów są stworzone z tkanin należących do nich – osobistych sukni, koszul, obrusów, pościeli.

Kolaże odzwierciedlają siedemnastowieczne akwaforty Jacquesa Callota pt. Cyganie (Les Bohémiens), znane również pod tytułem Życie Egipcjan (Romowie – według panującej w chrześcijańsko-centrycznej Europie teorii – to Egipcjanie, którzy nie przyjęli pod dach Maryi i Józefa zostali skazani na wieczną tułaczkę…)

Polsko-romska artystka mierzy się z wykluczającymi stereotypami w postrzeganiu Romów i na bazie akwafort sprzed 4 wieków tworzy własną narrację obrazując życie codzienne swojej społeczności.

Przy okazji: Wojciech Szymański – kurator weneckiej wystawy artystki – pisze o tym w artykule: Romowie i sztuka europejska tutaj

Na parterze Fridericianum – ogromna przestrzeń odwzorowująca tryb pracy Gudskul – kolektywu z Dżakarty. Jest zakątek artystycznych gier: anti-monopoly lub wspólne szachy. Oto instrukcja: „Gracze powinni współpracować pod kątem dzielenia się nawzajem miejscem – głównym celem jest umieszczenie figur z każdego koloru w przestrzeni pośrodku planszy zaznaczonej na pomarańczowo.

Jest opis wspólnej pracy, celów, zadań, wyrysowany na ścianach, jest i maszyna do szycia i sporo różnych skrawków materiału. Możesz tu coś zrobić. Nie tylko oglądać, możesz być.

W drugim skrzydle na parterze stworzona jest przestrzeń dla dzieci, jakby plac zabaw z wieloma aktywnościami czy warsztatami, także dla osób neuroróżnorodnych. A za firanką piaskownica i drabinki dla maluszków. Dzieci jako najbardziej naturalni badacze, zainteresowani zgłębieniem tajemnicy przesypywania piasku z pojemnika do wiaderka, kiedy tak eksplorują świat w muzeum – to wydaje się, że to właśnie tu rozgrywa się najciekawszy performance. O sztuce zauważania najmniejszych detali codzienności i cieszenia się nimi.

W zabytkowych pomieszczeniach piwnicy panuje półmrok. Jedna sala wypełniona ozdobnymi materacami i poduchami. Możesz usiąść lub położyć się wygodnie i zobaczyć całą historię kirgiskiej dziewczyny i ducha Lady Tuesday inspirowaną bardzo uniwersalną bajką o Kopciuszku.  

Do Documenta Halle wchodzi się przez ciemny tunel okryty trzciną.

To przejście do Afryki i tych miejsc, gdzie poprzez sztukę przywraca się sens istnienia i poczucie sprawczości przede wszystkim młodych ludzi zagrożonych wysoką przestępczością. Praca z noży robi wrażenie. Są poukładane obok siebie tworząc ozdobną formę. Większość z nich jest bardzo wąska – od ciągłego używania i ostrzenia.

Dalej – wystawa ceramicznych hybrydowych przedmiotów – imitujących warzywa, ryby, ale w zmutowanej wersji. To dzieła kolektywu: Britto Arts Trust

Na jednej z półek ustawione obok siebie wełniane – udziergane na drutach puszki zupy Campbell, nieopodal stoją ceramiczne kartony soków 100% z napisem Lie Lie.

Nawiązanie do Warhola wydaje się nieprzypadkowe – to on wprowadził popularne produkty spożywcze do dyskusji o sztuce. A teraz w wizjach artystów mierzymy się z ogólnie-przyjętym modyfikowaniem.

Nieco dalej dochodzimy do rynny/ rampy dla skaterów – można śmignąć. Kto chce użyć tej przestrzeni – może wejść bezpłatnie z deskorolką pod pachą.

I to jest safe space.  

A jak jesteś zmęczony? Bo za dużo bodźców – proszę bardzo pokoik ciszy czeka w Fridricianum na trzecim piętrze.

A jeśli wychodzisz z Documenta Halle to trafiasz na błogie miejsce chillu – z ziołami i warzywami w donicach pośród bambusowych siedzisk i stolików.  „Palan” to organiczny ogród kuchenny. Uprawiany tradycyjnie przez bengalskie kobiety i dzieci. Zwiedzający są zaproszeni do zbierania ziół i mięty lub warzyw z tego społecznego ogrodu obfitości 💛Są tu też organizowane wspólnie posiłki a przepisy kolekcjonowane są przez organizatorów, by któregoś dnia wydać e-booka.

Tuż obok znajduje się Kohlemuseum – konstrukcja z kostek węgla z bambusowym ogrodem w środku. Połączenie czerni ścian z zielenią daje niesamowicie ciekawy efekt. Kluczowe przesłanie brzmi: „Miejsce węgla jest w muzeum. Nie możemy czekać do 2038 roku”.

Wyruszamy teraz dalej w kierunku Oranżerii – to kolejne 3 instalacje, które nie są biletowane.  

Pierwsza to namiot z sierści czarnego jaka oraz instalacja wideo w środku: Grass, Sand and Global Environmental Apparatus. Historia związana z projektem ekologicznym na Wyżynie Tybetańskiej jest prosta: Dawno temu żyło pośród trawy mnóstwo zwierząt i demonów w kompletnej harmonii. Przyszedł człowiek i zaczął siać zboże. Zwierzęta – takie jak szczekuszka (rodzaj królika) rywalizowały o jedzenie, więc człowiek zaczął je zatruwać. Zatrute zwierzęta wymierały, podobnie jak te, które zjadały te mniejsze. Wkrótce wyeksploatowane pole przekształciło się w pustynię. Człowiek zdał sobie sprawę z katastrofy i zaczął rekultywować glebę. Przyszła kobieta i poleciła, by zaprosić jaki, ponieważ ich kopyta lepiej zagłębiają nasiona w ziemi. Mnisi modlili się i uzdrawiali duchowo glebę. Trawa odrodziła się. Zwierzęta wróciły, a kwiaty zakwitły. Ta prosta historia jest opowiadana w szkołach, by zwiększyć świadomość ekologiczną nowych pokoleń. A przy okazji trwają badania nad wzrostem populacji szczekuszki w tym rejonie.

Idąc dalej parkiem widać z daleka kolorowe paczki tkanin, które zapraszają aby wejść do wykonanej z nich konstrukcji. W środku znajduje się wideo- relacja o Kenii i wielu krajach afrykańskich, które borykają się z górami śmieci tekstylnych pochodzących z „globalnej północy”. Jedynie 40% używanych tkanin udaje się odzyskać i przetworzyć, reszta do odpady, którymi Europa i Ameryka północna zalewa kraje rozwijające się. I zamiast wspierać – po stuleciach manifestowania siły i wykorzystywania  zasobów – jakby tłamsiły, blokowały ten rozwój. Czopowały odpadami.

W drodze powrotnej do centrum miasta mijamy kościół. Ogromny baner informuje, że tam w środku zobaczymy „Wiersz z pereł”. Idę przez labirynt wyrysowany na dziedzińcu.

Zostawiam sandały na półce w przedsionku i wchodzę… na olbrzymi trawnik wyściełający każdy milimetr podłogi od wejścia aż po ołtarz.  A pośrodku misa. Misa z perłami. Można zabrać jedną.

Spokój. Ukojenie, cisza. Możesz pomedytować, możesz zasnąć.

Kolejna safe space.

@documentafifteen jest o spotkaniu.

W RuruHaus miałam piękną rozmowę z Brieke i Jacquesem, którzy tworzyli anonimową grupę artystyczną @thiswaytodocumenta. Zdecydowali się wyruszyć w drogę do Kassel pieszo z Holandii pokonując 350 km. i tworząc jednocześnie. Umówiliśmy się, że następną wędrówkę robimy razem w Indonezji.

Spotkanie to słowo klucz. Documenta sprawiały, że ludzie byli sobie bliżsi w tym artystycznym vibie miasta.

documenta fifteen  jest o spotkaniu. I o gościnności.

Spotkaliśmy się przypadkowo. Wydawało się, że czekają na mnie, gdy zorientowałam się, że idę w złym kierunku do Hübner aerial. Potem rozmawialiśmy i okazało się, że mamy wspólnych przyjaciół. Zaprosili mnie na obiad. Nasi livet gotowało się właśnie na targ /można było wymienić porcję dania za terakotową monetę/ a my jedliśmy ryż z jajkiem i sosem sojowym. Pikantnym i lekko słodkim.

A sama wystawa w tej postindustrialnej przestrzeni jest bardzo wielowątkowa.

Wideo Ruangruppy składa się z kilku części. Każda zaczyna się od ujęcia spacerującego człowieka. Dociera on do miejsca i zatrzymuje się przed pomnikiem, do którego zaczyna mówić. Na przykład do „Welcoming monument” w Dżakarcie. „Zawsze patrzysz w przyszłość- mówi mężczyzna – Nigdy do tyłu – więc powiem ci, co jest za tobą. Drapacze chmur, które nigdy nie dosięgną nieba…”

(macie pomniki, do których moglibyście podejść i pokonwersować? O życiu, o zmieniającym się mieście, o starych i nowych czasach…)

Niedaleko jest wideo otoczone ogromnymi, zwisającymi z sufitu panelami z brązowawo-żółtawymi kształtami, które odzwierciedlają sylwetkę człowieka. Performens Jatiwangi Art Factory jest udokumentowany na ekranie pośrodku. Arie Syarifuddin, założyciel JaF opisał mi to tak: Kupiliśmy prawie 1 hektar ziemi, aby uchronić ją przed uprzemysłowieniem. To boisko piłkarskie i przestrzeń dla naszych performensów. To jest gleba, którą chcemy zachować, nie wykorzystywać.

Parę słów o Jatiwangi – ta gmina  obfituje w glinę. Dziesięć lat temu pojawił się pomysł, by do wioski zaprosić artystów. Zapytano mieszkańców czy dadzą radę ich ugościć w domach. odpowiedzieli, że miejsce do spania i miska ryżu zawsze się znajdzie.

„Mieszkańcy Jatiwangi wykonywali nie tylko dachówki ale i instrumenty muzyczne, piszczałki i okaryny z lokalnej gliny w zorganizowanych warsztatach. Orkiestrę „muzyków glinianych” można utworzyć wszędzie i o każdej porze, łatwo jest wydobyć dźwięk i wykonać instrument. Ale gra na instrumencie wymaga pracy zarówno indywidualnej, jak i zbiorowej. I to jest doskonała metafora, którą członkowie kolektywu JaF wykorzystują do opisu nieformalnych praktyk edukacji artystycznej.”
https://u-jazdowski.pl/projekty/gotong-royong/uczestnicy/08-jatiwangi-art-factory

Na wystawie możemy sami poćwiczyć gry na dachówkach, jak również zobaczyć te instrumenty w filmach z festiwalu muzyki ceramicznej, który jest pokazywany obok. Akcja kolektywnego grania na ceramicznych płytkach została także zorganizowana na rozpoczęcie Documenta 15.

Wychodząc z Hübner aerial kupuję od artystów z Jatiwangi dwie terakotowe monety. Jedną wymieniam na ciasto, drugą zabiorę do domu.

Idę w kierunku wystawy Taring Padi, umieszczonej w budynku starej pływalni – Hallenbad Ost. Zanim wejdę do środka mijam transparenty, wykonane na kartonach, z doczepionym kijem wbitym w ziemię.  Każdy wzywa do aktywizmu w jakiejś sprawie:  wyzysku, dyskryminacji, zanieczyszczenia, konfliktów religijnych.

Wchodzę do budynku: Po środku, w niecce byłego basenu kartonowy czerwony czołg. Możesz po nim pisać swoje hasła. Widzę, że ktoś tu już krajanów był wcześniej, bo na lufie, której wylot jest w kształcie pacyfki widnieje: „Każdy ma swój PIS do zwalczenia”….;-)

Na frontowej ścianie ogromny baner – jakby motto całości: Po lewej stronie pieniądz, ludzie marionetki, trzymający i manipulujący sznurkami kolejne kukły. Dziecko o wyglądzie monstrum, Ludzie o świńskich łbach obżerający się, nasycają nigdy niekończący się głód. (motyw znany ze „Spirited away”). Po prawej, różowe niemowlę słodko śpiące, ludzie i dobre monstra pracują, krzątają się, kilkoro z nich trzyma transparent Solidarity. W centralnym punkcie drzewo, którego korzenie sięgają szkieletu człowieka, a przy nim demonstranci – jeden z nich w koszulce z napisem : „make food not coal”.

Kosmologia artysty przypomina fantazyjne wizje Hieronima Bosha. Ale tu nacisk położony jest na to co my z tym światem robimy i według jakich narracji żyjemy.

Po przeciwnej stronie jest ogromny baner z sylwetką kobiety –matki ziemi, która wszystko transformuje, choć w niższych jej warstwach – odpady i motywy zysku i wyzysku  – to ona wciąż podejmuje próbę przemiany i odrodzenia, jest szczodra. Ale pod obrazem umieszczonych jest wiele zaciśniętych kartonowych pięści mówiących, że czas nadszedł by człowiek stanął w obronie pożywienia. U góry obrazu widnieje napis: stand on the power of one’s food.

Kluczem do wystawy jest wiersz niemieckiego pastora luterańskiego Martina Niemöllera, który 1942 r uwięziony w obozie w Dachau  zanotował:

Kiedy przyszli po Żydów, nie protestowałem.

Nie byłem przecież Żydem.

Kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem.

Nie byłem przecież komunistą.

Kiedy przyszli po socjaldemokratów, nie protestowałem.

Nie byłem przecież socjaldemokratą.

Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem.

Nie byłem przecież związkowcem.

Kiedy przyszli po mnie, nikt nie protestował.

Nikogo już nie było.

Kilka przystanków dalej, w stronę placu Leipzig znajduje się kościół Kunegundy. Wypełniony  sztuką tworzoną w Ghetto Biennale na Haiti. Prace tworzone ze wszystkiego co dostępne, także śmieci, leków oraz kości przodków – co nie jest w tej kulturze bezczeszczeniem. Idąc w stonę ołtarza mijamy więc Maryje – szkielety – trzymające na rękach dzieciątko stworzone z nieokreślonej masy. Przy nich Biblia i zegar.

Na ścianach węże – z kapsli lub drutów. W jednej z kaplic Maryja wśród neonowo podświetlonych leków.

I to jedno zdanie z opisu wystawy: W swych pracach artyści tworzą Nowego Adama, powstającego z poprzemysłowych odpadów, który przychodzi by rzucać widmo na mroczny pejzaż globalizacji.

Kunegunda robi przytłaczające wrażenie. Dla mnie wystawa ta była też kluczem do zrozumienia obrazów Jean Michele Basquiata – którego ojciec pochodził z Haiti.

Wsiadam w tramwaj i wracam do Taring Padi. Biorę kawę i siadam na leżaku na trawie. Widzę obok kobietę, która wydaje się być w tym samym stanie przytłoczenia wielością. Rozmawiamy.  Przyjechała z północy Niemiec, gdzie prowadzi stowarzyszenie zajmujące się edukacją obywatelską. Dostali na miejsce spotkań kaplicę dawnego kościoła i ktoś polecił Linie, by przyjechała zobaczyć Documenta i znalazła właściwy sposób aranżacji tego wnętrza. Taring Padi może być świetną inspiracją – wnętrza Kunegundy… niekoniecznie 😉

Kiedy już naprawdę potrzeba głębokiego relaksu można wstąpić do Hotelu Hessenland niedaleko Ratusza. Za ciemną zasłoną wchodzimy w półmrok pomieszczenia z czarną podłogą i wyrysowanymi rzekami.  Gdzieniegdzie porozstawiane są ławki w kształcie poziomic. Wygodnie się rozsiądź lub połóż. Zamknij oczy. Rozpoczyna się… Kobieta i mężczyzna rozmawiają o pochodzeniu, w tle słychać ptaki, ktoś nuci melodię…. Rozmowa, śpiew zaczyna narastać, przeplatany odgłosami ptaków. Z wielu głosów chór zaczyna znajdować wspólne połączenie. Śpiew staje się co raz bardziej intensywny, odnajduje się jeden rytm i jedna linia melodyczna.  I gdy chciałoby się w tej intensywności trwać – wszystko ucicha.

Ktoś powiedział mi, że przychodzi tu codziennie po pracy.

Na koniec dwie perełki.

Idąc dalej z Hotelu do Muzeum Braci Grimm wkraczamy w przestrzeń niezwykle bajkowej wyobraźni artysty z wyspy Aceh:

 Agus Nur Amal PMTOH kontynuuje i wzbogaca tradycję śpiewnych opowieści „hikayat”.

Siada pośród dzieci i dorosłych mieszkańców wioski i rozpoczyna Ting tiring tan tam ting tinng pam….

Na projekcji w centralnym miejscu wystawy Agus opowiada jak przybył do tej wioski i jak ludzie gospodarują wodą. Woda znajduje się we wnętrzu wielkiej góry (góra to słomkowy kapelusz, słońce – plastikowy talerzyk), a gdy na niebie pojawią się białe chmury to kumulują się tak bardzo, aż zrobią się czarne i wtedy pada deszcz. I tak cała opowieść zilustrowana zostaje przez kolejne przedmioty wyciągnięte jakby ad hoc ze skrzynki ze „skarbami”.

W Grimmwelt Kassel cały poziom zagospodarowany jest przez tego niezwykłego bajarza, storytellera, który za pomocą najprostszych codziennych przedmiotów mówi o rzeczach ważnych.

To znów swoista kosmologia z językiem wizualnym, do którego nie jesteśmy przyzwyczajeni.

Niewiele haseł na ścianach jest przetłumaczonych, ale jestem na łączach z Yussanem, który na bieżąco wyjaśnia. Mam wprawdzie obiekcje, bo w Indonezji dochodzi północ, ale dajemy radę.

Teraz najważniejsze:

Tritangtu to filozofia sundajska (południowo – zachodnia Jawa) słowo Tri oznacza trzy, zaś tangtu to pewność. Można by powiedzieć, że to trzy zasady życia:

Silih Asah = czyli wyostrzanie własnych umiejętności, wiedzy, a także edukowanie siebie nawzajem.

Silih Asuh : odżywianie i otaczanie opieką siebie nawzajem

Silih Asih : Dzielenie się miłością pomiędzy ludźmi, naturą, zwierzętami i roślinami.

Najbardziej intryguje mnie praca z drewnianym sercami. W każdym z nich jest umieszczony jakiś przedmiot: mały bidon, plastikowy talerzyk, doniczka, mini wiatraczek.  

To Sześć Pereł Mądrości.

Według ludzi Sasak zamieszkujących  wysuniętą na wschód wyspę Lombok – ludzie powinni żyć imitując naturę. Żyć jak słońce, jak woda, jak ogień, jak rosa, wiatr, jak ziemia.

Pomieszczenie podzielone jest na dwa obszary:

Alam yang Bijak – Mądrość natury  i Manusia yang bijak – mądrość człowieka.

Instalacja z błękitnymi parasolkami obrazuje poziomy nieba: egzosfera, mezosfera, jonosfera i inne, które chronią i są korzystne dla milionów istnień na ziemi.

Z jednej strony można zobaczyć mądrze i z wielkim szacunkiem zagospodarowane przez człowieka żywioły, z drugiej zaś mądrość samej natury.

Ostatnia perełka na końcu:

Wystawa Documenta umieszczona w pod 30 różnych miejscach w Kassel jest totalnie przełomowa. Mówi o współpracy i dzieleniu się, o poczuciu sprawczości i aktywizmie. O wspólnym odpoczywaniu, jedzeniu i nabieraniu sił do przemieniania świata za pomocą najprostszych narzędzi, poprzez sztukę – odrobinę na lepsze.

Ook_visitorzentrum przy kościele Neue Brüderkirche zaprasza do kolektywnego wyplatania dywanu, który staje się symbolicznym „common ground” miejscem bezpiecznym, na którym można dyskutować, tworzyć muzykę, medytować czy tańczyć.

Można przynieść stare t-shirty, choć materiału do wyplatania jest na miejscu sporo.

Jeśli jesteście w Kassel – dajcie się wplątać 😊

Subiektywnie, z wielką wdzięcznością za wszystkie spotkania i interakcje, nieperfekcyjnie – jeśli ten opis pomógł Ci wniknąć w tkankę Documenta 15 – świetnie – możesz napisać w komentarzu.

Jeszcze słowo o Indonezji z książki Elisabeth Pisani „ Indonezja itd. Studium nieprawdopodobnego narodu”

„(…) na trzynastu tysiącach czterystu sześćdziesięciu sześciu wyspach mieszka ponad trzysta sześćdziesiąt grup etnicznych, które porozumiewają się siedmiuset dziewiętnastoma językami. (…) Indonezja plasuje się na czwartym miejscu w grupie najbardziej zaludnionych krajów świata i nie ma takiego miasta na ziemi, które tweetowałoby więcej niż Dżakarta. W Indonezji około sześćdziesięciu czterech milionów osób korzysta z Facebooka – to więcej niż populacja Wysp Brytyjskich. Ale osiemdziesiąt milionów (tyle co całe Niemcy) jest pozbawiona elektryczności, a sto dziesięć milionów (populacja Meksyku) żyje za mniej niż dwa dolary dziennie.

(…) Kiedy ojcowie założyciele ogłosili w 1945 roku niepodległość od holenderskich kolonistów, napisali w deklaracji:

My, naród Indonezji, niniejszym ogłaszamy niepodległość Indonezji. Sprawy dotyczące przekazania władzy itd. Zostaną starannie ustalone najszybciej jak to możliwe.

Indonezja od tamtego czasu opiera się na tym „itd”…

Koniec cytatu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.